Nic nas nie zjadło!


                To nie będzie typowa relacja z podróży, bo w Australii byłem przez ponad 6 miesięcy po prostu w pracy, oddelegowany przez swoją firmę. Miałem jednak dość sporo czasu na pojeżdżenie po tym kontynencie i trochę ciekawych rzeczy widziałem.

Flora i fauna ludzi tu nie lubi


Park Kakadu

                Zacząć warto chyba o tym, że Aborygeni to ludzie bardziej nastawieni na współpracę z naturą, niż jest to w zwyczaju europejczyków. Oznacza to, że nie próbowali być oni na siłę na szczycie łańcucha pokarmowego i tak jak inne gatunki zwierząt, zajmowali po prostu swoją niszę. Co to oznacza w praktyce? Oj, bardzo dużo.

                 Chociażby to, że moje arachnofobiczne ja miało tutaj wyjątkowo ciężkie pierwsze dwa tygodnie. Nie jest bowiem niczym niespotykanym, by w ogródku jakiś pająk pałaszował małego ptaka lub gryzonia. Kiedy z szafki spada jakaś kartka papieru, a w domu nie ma kota, można być pewnym, że to też wina pająka. Z toalety wystaje coś dziwnego? Nie, tym razem nie jest to pająk. Tym razem jest to wielki wąż. Zwykle jadowity. Chociaż jeśli się lepiej zastanowię, raz to był pająk.
 

Wielka skała znikąd


gigantyczna skała Uluru

               Kamienie w Australii są równie dziwne, jak moje ulubione pająki. Pierwszy mój wyjazd w nietypowe miejsce za cel miał Uluru. Jest to gigantyczna skała, która w jakiś magiczny sposób dostała się na środek pustynio-sawanny. Zupełnie mnie nie dziwi, że Aborygeni otaczali go religijną czcią. Co ciekawe, skała bardzo mocno reaguje na silne słońce palące tutejszą ziemię (większość Australii to po prostu pustynia, a ludzie mieszkają głównie na brzegach kontynentu).

                 W nocy, zwłaszcza nad ranem, kiedy pojawia się trochę rosy, skała ma kolor krwisto czerwony. Później dość szybko płowieje, by stać się przed południem pomarańczowa i różowa przez okres, kiedy żar leje się z nieba hektolitrami. W czasie wychładzania staje się szara i wraca do swojego strasznego, nocnego koloru. Dzieje się to niestety trochę wolno, by to zauważyć gołym okiem, ale przyglądanie się skale co kilka godzin to naprawdę ciekawe przeżycie.
 

Twin Falls


park Kakadu

                Australia to pustynia, ale z wyjątkami. Najważniejszym z nich jest chyba położony na północy kraju park Kakadu, który w większości jest lasem deszczowym. Natychmiast po powstaniu został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i nie może to dziwić. Najbardziej interesujące z antropologicznego punktu widzenia są tam na pewno malowidła skalne prezentujące historię Aborygenów, coś rodzaju ich kroniki. Oczywiście nie w europejskim sensie, ale i tak jest to potężne doświadczenie.

                 Równie ciekawe jest skonfrontowanie się z miejscowymi gatunkami flory i fauny. Do czasów Darwina, a nawet w jego czasach, istniało określenie „gatunki aborygeńskie”. Były to specjalne gatunki stworzone przez Boga specjalnie na potrzeby Australii i jeśli tylko coś nietypowego było znajdowane gdzie indziej, też się mówiło o specjalnym zamówieniu u Boga.

                  Głupie? Głupie jak but, ale można zrozumieć, skąd wziął się taki pomysł. Nawet komary są tutaj inne. A jeśli jakimś cudem coś wygląda tak, jak się do tego przyzwyczailiśmy, to albo jest dwa razy większe, albo zachowuje się w dziwaczny sposób. Tratwy z mrówek, na których pływają mrówki, towarzyskie ważki-giganty i jakieś mało agresywne krokodyle. To trzeba zobaczyć samemu!

Sportowy półwysep


półwysep Jork

                 Anglikom w Australii się spodobało, bo jest to bardzo zróżnicowany kontynent. Pierwsi byli tutaj Holendrzy, ale oni widać są ludźmi gustującymi w prostszych lokacjach. Ja mam w sobie raczej więcej Anglika niż Holendra, bo strasznie mi się spodobało na półwyspie Jork. Znowu mamy tutaj las deszczowy i znowu całe masy zabytków kultury Aborygenów, z których najstarsze mają podobno ponad 12 tysięcy lat. Imponujące. Tutaj dowiedziałem się też, że istnieją słonowodne krokodyle. Szkoda, że nie wiedziałem tego zanim nie wlazłem do wody, ale przynajmniej kilka osób miało niezły ubaw, kiedy ewakuowałem się w trybie przyspieszonym na plażę. Nie to jednak mam na myśli, kiedy mówię o półwyspie Jork jako o miejscu idealnym dla ludzi aktywnych.

                  Do samej plaży dochodzą tutaj dość strome wzgórza pełne kolorowych i rozwrzeszczanych papug, ale dla mnie ważniejsze są liczne wartkie strumienie. Nigdy prędzej nie pływałem kajakiem górskim, a dzisiaj jest to mój ulubiony sport. Próbowałem też lotniarstwa, które jest tutaj wyjątkowo dobrym pomysłem ze względu na ukształtowanie terenu i prądy oceaniczne, ale to akurat nie moja para kaloszy.

                 Nic o miastach nie piszę świadomie. Kiedy jest okazja, by z betonowych dżungli uciec do naprawdę bardzo nietypowej natury, trzeba koniecznie z takiej możliwości skorzystać. 

Zobacz również
0 3743

Brak Opinii

Dodaj Swoją Opinię


Kod z obrazka

Informacje o podróży

Miejsce podróżyAustralia,
Data podróży
Koszt wycieczki na osobę PLN
Koszt dodatkowe na osobę PLN
Długość pobytu0 dni

Autor Relacji

przemekkoza

Napisz do przemekkoza
Używamy cookies w celach świadczenia usług i statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że cookies będą one umieszczane na Twoim urządzeniu.