Na mistycznym dachu świata

góry w Tybecie

                Tybet jest wciąż jednym z najbardziej niedostępnych dla turystów regionów świata. Jeszcze pół wieku temu dotarcie tutaj było prawdziwą sztuką, czymś wręcz niemożliwym bez jakiegoś specjalnego dojścia. Dzisiaj może się tutaj teoretycznie wybrać każdy, ale chociaż Europejczyk nie jest już tutaj sensacją, na pewno jest czymś niecodziennym. Są ku temu powody.

 

Inna planeta


Krajobraz w Tybecie

                Najważniejsze powody są oczywiście polityczne, ale ogromne znaczenie ma tutaj wysokość. Osoba, która była w Alpach, nie wie, czym naprawdę są góry i duże wysokości. Pierwsza rzecz, którą się tutaj odczuwa dojeżdżając od wschodu ichniejszą „Autostradą” (dwie doby z kopcącymi jak smoki Chińczykami), to właśnie bardzo duża wysokość. 3km, a potem jest tylko gorzej. Zawroty głowy i nudności nie są niczym nadzwyczajnym i trwają nawet przez tydzień czasu. Pierwszy hotelo-barak po drodze znajduje się w miejscowości położonej na wysokości 4,5km.

 

Za oknem


Świątynia Jokhang Lhasa

                Na początku dojazd jest wyjątkowo nudny, bo płaskowyże, jak sama nazwa wskazuje, są płaskie. Są też duże, czego już w nazwie nie ujęto. Niedługo przed dotarciem do Lhasy zaczynają się jednak wioski i same góry. Świat zupełnie inny od naszego. Ludność utrzymuje się tu niemal tak samo, jak tysiąc lat temu, czyli z hodowli zwierząt oraz barteru wyrobami z nich pozyskiwanymi. Turystyka rządzi się oczywiście swoimi prawami i na postojach można kupić herbatę z termosów lub różne drobiazgi, ale porozumiewać się trzeba na migi.

 

Biało


                Sama Lhasa jest w kotlinie, ale drogi dookoła niej powycinane są w zboczach górskich. Zalega na nich śnieg, a niedaleko nad nami zaczyna się wieczna zmarzlina. To w końcu ponad 5km. Nie da się też w żaden sposób rozgrzać, bo zbyt energiczne ruszanie się kończy się brakami tlenu w płucach i wszystkimi tego konsekwencjami.

 

Lhasa


świątynia buddyjska Jokhang

                Człowiek orientuje się, że dotarł do Lhasy, kiedy w dali zaczyna majaczyć Potala – wielki pałac na szczycie wzgórza, pełniący także rolę klasztoru i zamku obronnego. Jest tu trochę niżej, 3,5km, więc człowiek odżywa. Całe miasto jest czarno-zielone. Czerń to kolor dominujący w zabudowaniach, chociaż tylko po części jest on zamierzony. Zieleń to z kolei efekt miłości Tybetańczyków do kwiatów, które dominują na parapetach i wszędzie indziej w czasie krótkiego lata.

 

Hotel


                Jeśli ma się dość pieniędzy, można zatrzymać się w drogim hotelu, gdzie jest nawet instalacja tlenowa. Jest on wizytówką nowej Lhasy rozbudowującej się pod Chińskim panowaniem. Ja wybrałem hotelik prowadzony przez miejscowych, który oczywiście takich wygód nie miał. Duża sala, małe łóżka, prysznic z własnoręcznie donoszoną wodą.

 

Ludzie


                Rodowici Tybetańczycy i napływowi Chińczycy to dwie zupełnie różne kategorie. Pierwsza jest głównie tradycyjnie ubrana, a liczne starowinki chodzą ze swoimi młynkami i mruczą dziwne modlitwy. Skośnoocy Europejczycy, przynajmniej jeśli chodzi o ubiór, są zabiegani i szybko przemykają szerokimi ulicami miasta.

 

Metropolia


Jokhang

                Lhasa jest zupełnie inna od chińskich miast. Architektura jest tu bardzo zróżnicowana, a ludzie non stop żyją na ulicy. Mają tu swoje stragany z rzemiosłem, ichnie fast-foody, prowadzą biznesy z udziałem zwierząt zaprzęgowych będących podstawowym środkiem transportu w mieście, a czasami nawet „publiczne toalety”, bo część miasta nie jest objęta systemem kanalizacji. Co ciekawe, jest tu nawet mała dzielnica muzułmańska z meczetem i małą jadłodajnią.

 

Jokhang


                Zadziwiająca świątynia, centrum lamizmu. Otoczona jest dziwnymi piecami w kształcie gruszki, w których spala się specjalną mieszankę ziół kupowanych od staruszek przed obiektem. Wchodzą do niej tylko odpowiednio majętni pielgrzymi mogący sobie pozwolić na zakup specjalnych kaganków. Reszta modli się krążąc wokół budynku.

 

Yamdrok Tso


jezioro Yamdrok Tso

                8 godzin drogi autobusem w kierunku Nepalu. Znowu mniej tlenu i zimno, ale za to jest wielkie jezioro Yamdrok Tso. Z daleka wydaje się być zupełnie białe, niczym mleko. Spowodowane jest to odbijającymi się w nim szczytami Himalajów. Widoki są niesamowite, zwłaszcza po trafieniu na pędzący stromiznami strumień. Jest czas, by się im przyglądać, kiedy wjeżdżamy na niebezpieczny odcinek drogi. Autobus jedzie, my idziemy za nim pieszo.

 

Prowincja


                Tybetańska prowincja jest trochę smutna. Widać tutaj biedę, a gigantyczne pustkowia wydają się być wiezieniem dla porozsiewanych po nich grupek ludzi. Pamiętacie dowcip o babci ze wschodu, na której widok wnuczek stwierdził, że Syberia musi być gorąca, bo przyjechała w trampkach? Tutaj to standard. Szutrowe drogi, pastwiska i poletka jęczmienia. Do samych Himalajów jeszcze daleko, ale to osobna historia.

 

Zobacz również
0 2337

0 3321

Brak Opinii

Dodaj Swoją Opinię


Kod z obrazka

Informacje o podróży

Miejsce podróży,
Data podróży
Koszt wycieczki na osobę PLN
Koszt dodatkowe na osobę PLN
Długość pobytu0 dni

Autor Relacji

przemekkoza

Napisz do przemekkoza
Używamy cookies w celach świadczenia usług i statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że cookies będą one umieszczane na Twoim urządzeniu.